JEŚLI SKOPIUJESZ COŚ Z TEGO BLOGA, ABY CZERPAĆ WŁASNE KORZYŚCI - MOJE GLANY NIE WYTRZYMAJĄ!!!

OSTRZEŻENIE:

Czytanie bloga zagraża życiu lub zdrowiu (potwierdzono naukowo)!

niedziela, 2 lipca 2017

Rozdział 35

No, to co? Specjalnie dla Britstone? O taak.. ;-)


Sweet Child O'mine


- Kuuuurwaaa maaAĆĆ! - poniosło się echem po Hellhouse wypowiedziane z wściekłością przekleństwo.
John Paul stał na schodach i oglądał główkę gitary, którą przed chwilą rąbnął w ścianę przez nieuwagę. Czule przejechał palcami po jej idealnym kształcie i przeprosił ją w myślach, obiecując, że zemszczą się na tej głupiej ścianie. Wszedł na piętro. Slash wysunął z pokoju czuprynę, aby sprawdzić, kto tak klnie? No naprawdę, żeby się tak zachowywać... Pokręcił głową zniesmaczony i wrócił do swoich spraw.

 ***

Izzy wszedł do kuchni, zwabiony baaardzo dziwnym zapachem. Był naprawdę wyjątkowo oryginalny i niecodzienny. To zaczynało się robić dziwne. Może nawet niebezpieczne! Stradlin stał się nagle czujny i podejrzliwy. Tak, to musiała być pułapka. To było jedyne racjonalne wyjaśnienie. Szatyn rozejrzał się dookoła. Oczyma wyobraźni dokładnie widział już moment, kiedy jakiś terrorysta strzela do niego z zza rogu, albo od razu zwala go z nóg całym swoim ciężarem, a potem porywa gdzieś w nieznane... Lustrował każdy fragment pokoju, szukając czegoś podejrzanego. Widoczność była ograniczona przez obecne wszędzie dookoła rury, którymi miał niby przemieszczać się dla zabawy boa dusiciel Freddie.  Nagle zadzwonił przeraźliwie telefon, aż rytmiczny podskoczył i rąbnął głową w plastikową rurę. Nie żeby jakoś strasznie to bolało, ale Izzy nie mógł ścierpieć tych plastików (tylko rockersi i metale!), więc ostro klnąc w myślach na ten istotnie chory pomysł Slasha, odebrał telefon.
- Halo? - zapytał, dając do zrozumienia swojemu rozmówcy, że najlepiej by było, gdyby od razu się rozłączył i nigdy więcej ponownie nie dzwonił.
- Cześć. Izzy, jeśli się nie mylę? - odpowiedział mu pogodnie, nie zrażony niemiłym powitaniem mężczyzna, gdzieś po drugiej stronie łączącego ich kabla*.
- Taa, Izzy... - potwierdził bez emocji, a i tak odniósł wrażenie, że jego odpowiedź była zupełnie zbędna i niechciana.
- Co tam u was słychać? - spytał, nie czekając na odpowiedź. - Myślę, że jakoś w przyszłym tygodniu czy coś koło tego wpadłbym do was, to pogadamy dokładnie o trasie i może o tej piosence, co chcieliście, okej? No to do zobaczenia! - rozłączył się.
- Hej... - mruknął zdziwiony Izzy i odłożył słuchawkę.
Alice Cooper znowu do nich przyjedzie? Do Hellhouse? To było zaskakujące. Ktoś mógłby odnieść wrażenie, że Stradlin wcale się nie cieszy na tę trasę z Alicem. Ale to nieprawda! Izzy był podekscytowany i uradowany. Nareszcie jego kariera nabierała jakiegoś rozpędu! No wreszcie! Szatyn może by się cieszył na wiadomość o jakichś krokach, świadczących o powadze zaproszenia Gunsów do supporotwania Alice'a Coopera na trasie, gdyby nie ten dziwny zapach, drażniący jego zmysł węchu. Podszedł do stołu i kuchenki (o, a co to takiego?). Z uniesionymi w lekkim szoku brwiami nachylił się nad garnkiem z gorącą zupą. Para buchała w twarz rytmicznego. Gdyby Izzy miał jakieś większe doświadczenie z zupami, mógłby mądrze orzec tę jako ryżową z dodatkami dla podkreślenia smaku. W zasadzie było tam dużo różnych warzyw i kawałek mięsa. Wszystko pięknie, ale... skąd się w tym domu wzięła zupa? To było bardzo ciekawe. Izzy nie zastanawiał się nad tym dłużej, tylko chwycił chochelkę (myśląc chwilę, jak to złapać) i wypił wszystko, co na nią nabrał. Nie było źle... Przekonał się i nabrał kolejną i kolejną, i kolejną... Nabierając chyba piątą z kolei rozlał zupę na podłogę i schylił się, aby ją zlizać. Klęknął tak, że nie było go widać spoza stołu. W tym czasie do kuchni wszedł (pokonując istny labirynt plastikowych rur, wijących się wszędzie wokoło) Robert. Na chwilę przystanął i poprawił włosy. Idąc jak modelka na wybiegu, oczywiście kręcąc tyłeczkiem (czego zaabsorbowany Izzy nie widział), podszedł do telefonu i delikatnie ujął w dłoń słuchawkę. Trochę pomyślał i ostatecznie wybrał numer. Zakręcił loczka na palcu i odczekał trzy sygnały.
- Halo? - odezwał się głośno w kuchni przytłumiony głos z słuchawki.
- Dzień dobry. Tu Robert. Taak, ten sposób z obróceniem materaca dosyć się sprawdził... Ale chciałem zapytać o coś innego... - zawiesił głos, zastanawiając się, jak to ubrać w słowa.
Izzy wstał z ziemi i odłożył chochelkę do garnka. Chciał już wyjść z kuchni, kiedy Robert, nie zdając sobie sprawy co się właściwie dzieje, zdzielił go butelką po Jacku Danielsie. Izzy oszołomiony i zemdlony upadł na ziemię. Robert pomyślał dopiero po działaniu i teraz się przeraził.
- Pomocy! Raatunku! Pogotowie, pogotowie... - mamrotał do siebie.
Nie przejmował się już telefonem.
- O co chodzi? - spytał beztrosko Jimmy, stając w progu i opierając się o futrynę.
- O niego! - histeryzował Plant, wymachując rękami na wszytskie strony.
W jego mniemaniu w kierunku Izzy'ego. Jimmy uśmiechał się przyjaźnie.
- No widzę. Ale przecież żyje. A nawet heśli nie to ja żyję, więc wsyztsko jest w porządku.
Jimmy zamrugał figlarnie. Niebieskie oczy Roberta rzszerzyły się ze zdziwienia. Page zatopił się w nich i przez chwilę poczuł się jakby pływał. Odniósł wrażenie, że jego skóra jest mokra, a dookoła niego pluskają się kolorowe rybki. Była to dziwna wizja i przeniósł wzrok na gunsowego szatyna na podłodze. Ten wrócił już to rzecywistości i powoli zbierał się z ziemi. Słuchawka telefonu dyndała na rozciągniętym kablu. Kobieta przez jakiś czas czekała na odzew, ale go nie uzyskała i rozłączyła się.
Izzy stanął na nogi.
- Zupa jest - powiedział, patrząc na kolegów spoza grzywki.
- Robercik gotuje? - spytał Jimmy przeczesując palcami włosy na czubku głowy.
- Ja nie.
- To kto? Hmmm... - nastała pełna zadumy chwila.
Wszyscy pogrążyli się w przemyśleniach, próbując ustalić nieznanego kucharza. Przecież to jest Hellhouse!!! Kto tu gotuje? Mysleli... Myśleli... Ich mózgi pracowałycoraz ciężej... i ciężej... Plant poczuł zmęczenie.
- Nie mogę się w taki sposób przemęczać! - jęknął i usiadł elegancko na krześle, zakładając nogę na nogę. - Jestem artystą! Niech myśleniem i ciężką pracą zajmuje się mój kamerdyner! A teraz muszę się wzmocnić, aby pozostać w dobrej formie. Zacznijmy degustację! - w okamgnieniu podniósł się i stanął przed garnkiem.
Izzy pomyślał, że to trochę jak jakaś kulinarna reklama z seksownym zabarwieniem. Burza idealnych lśniących złotych loków, błękitne błyszczące oczy, smukła sylwetka i powabna poza. A do tego podniecające ułożenie szczupłych palców na chochelce. I oczywiście garnek. Isbell odniósł nieodparte wrażenie, że wokalista nawet nie skupiącjąc się na tym, cały czas pozuje. Zaczął się zastanawiać, czy takie coś się nabywa, czy po prostu się ma i już? W zasadzie była to dokładnie to, czego spodziewał się po frontmanie Led Zeppelin. Ale tu znowu nie było to takie oczywiste, bo... czy to Plant był frontmanem? A może Jimmy? Przecież o Jimmy'm nadal więcej się mówi. Najwięcej spośród wszytskich członków zespołu. "Ten najlepszy gitarzyta, Jimmy Page, Eric Clapton i Jeff Beck, niekwestionowany wirtuoz, talent, umiejetności, za które zaprzedał duszę Diabłu..."
- Mamy tu jakieś talerze? - rozglądał się blondyn. - ARTYSTA CHCE DEGUSTOWAĆ!!!
- Po co ci telerze? - parsknął Jimmy. - Taka z ciebie primabalerina?
- A nie widać? - spytał i zakręcił się na nodze, zapewne uważając, że wykonuje piruet.
Potem chwycił garnek i postawił na stole.
- Prrriiiimmmaaaabbaalleriiiinnnnaaaa... - zaśpiewał Plant, przymykając oczy i chwytając Page'a w objęcia. - Zatańczmy! Izzy! Nastaw nam coś odpowiedniego!
- Ale, że... co? Jakiego? - zastresował się Stradlin. - Jak to...
- No coś do czego się da tańczyć balet! No jakąs operę czy coś!
Izzy popatrzył na niego badawczo i panicznie zaczął szukać w odmetach swojego umysłu chociaż jednaej znanej pozycji, do której można by tańczyć balet. Bił się z myślami i jedyne co przyszło mu do głowy to... Megadeth. Wstęp do "Symphony of Destruction". Doskoczył do pudełka z kasetami i zaczął przebierać palcami, jak grając na gitarze, poszukując nagrania.
- MAAAAAMMMMM KURDEEE!!! - wykrzyknął uradowany wyrzucając w górę rękę z kasetą.
Obejrzał się, oczekując również podzelanej radości od chłopaków, ale tamci byli zbyt zajęci sobą...
- No to ściągamy - zadecydował Robert i odpiął pasek spodni.
- Ale po co? Po co ci aż tak zależy? - zirytował się Jimmy.
- Bo nie mamy takich seksownych wdzianek jak baletnice! A o ile nie zauważyłeś to one są jak nagie. Więc musimy być jak najbliżej nich! Tu chodzi o komfort sztuki. A balet to sztuka. O tak, bardzo poważna sztuka... To jest kultura na najwyższym poziomie...
- Złej baletnicy przeszkadza nawet rąbek u spódnicy.
- No a właśnie my nie mamy spódnic i jak nie będziemy mieć spodni to nic nam nie będzie przeszkadzać. Ale ty jesteś zamknięty w tej czaszce.
- A to co niby ma znaczyć?! - odparł atak Page, czując, że wokalista go obraża.
- Nic.
- Jak to nic?
- No właśnie nic. Nic do niej nie dociera, ani się z niej wydostaje.
Page wciągnął ze świstem powietrze.
- BO TO JEST ZAMKNIĘTY TEREN PRYWATNY I NIEUPOWAŻNIONYM WSTĘP WZBRONIONY! Ja przynajmniej nie pozwalam wszystkim mieszać mi w czaszce jak niektórzy.
Usatysfakcjonowany swoją błyskotliwością odwrócił się od kolegi i uśmiechnął złośliwie.
- Dobra, dobra, bierz się i ściągaj te spodnie.
Gitrzysta popatrzył na niego posde łba. Wcale nie miał ochoty jeszcze kończyć walki. Przez chwilę starał się nawiązać kontakt wzrokowy, ale Robert zajęty był czym innym.
- CZEMU TY MI ZDJĄŁĘŚ SPODNIE?! - zorientował się zszokoany Jimmy.
- Bo sam tego nie zrobiłeś?
- Ale czemu ty mi to zrobiłeś?!
- Bo sam tego nie zrobiłeś?
- Ale czemu... Chwila moment, to nie ma sensu. Już to powiedzieliśmy.
- Taaaak?
- No tak. Przecież przed chwilą.
- Ale co powiedzieliśmy?
- No tamto, że... Chwila moment, to też nie ma sensu!
- Ale co? Czekaj, o czym ty w ogóle do mnie teraz mówisz? - Robert ściagnął brwi.
- Eeeee... myślałem, że o... ale chyba jednak... eeee...
Zgubili się w swoich własnych myślach. A Izzy właczył magnetofon i przewinął taśmę do odpowiedniego momentu. Wyrwało to Planta z rozmyślań (oczywiście były już one na bardzo odległe tematy).
- JIMMUSIE, DO TAŃCA PROSZĘ!!

Izzy nie wierzył w to co widzi. Nie spodziewał się, że oni naprawdę będą TAŃCZYĆ. I to rzeczywiście jak balet!

***

Ewa radosnym krokiem pokonywała podwórko Hellhouse. Stanęła w progu z siatką zakupów i popatrzyła zaskoczona na to co działo się wewnątrz. Wyminęła Jimmy'ego i Roberta, podeszła do Izzy'ego i przywitała się z nim całusem w policzek.
- Widzę, że się tu nieźle bawicie haha? Zjedliście zupę?
Izzy popatrzył na garnek stojący na stole.
- Robert i Jimmy są w trakcie degustacji...
A potem poczuł przypływ gorącej fali miłości do swojej dziewczyny...

***

- Kiedyś rozpierdolę całe to zjebane miasto... - mruczał do siebie Slash, zataczając się, chwiejnym krokiem kierując się do domu. - ROZPIERDOLĘ WAS!! - zamachał pięścią do wysokich przeszklonych drapaczy chmur i kołyszących się palm.
A może to tylko on się kołysał?
- Żeby tak kurwa boga gitary traktować... co za... CHUJE... życia nie znają to tacy są... zamulają to miasto... ZAMULACIE KU'WA!! - uświadomił w twarz jednemu przechodniowi. - A i tak nie rozumiecie, zjeby... już my się kiedyś policzymy...
Wreszcie dotarł do Hellhouse.
Wszedł... i zamarł. Przez chwilę wpatrywał się w obraz przed nim, próbując wyraźnie dostrzec, co widział. Kiedy jego mózg przetrawił informację rozpoznał na obrazie kilka rzeczy: Page i Plant tańczyli jakieś seksistowskie wygibasy bez spodni. Jego rytmiczny puszczał jakąś dziwną muzyczkę, która kończyła się znajomym brzmieniem. Ale gdy dobiegała końca, szatyn przewijał taśmę i puszczał od początku. W między czasie całował się z JEGO przyszłą dziewczyną. A ponad ich głowami jego boa dusiciel powoli piął się w górę plastikową rurą...
Czy Slash nadal żył, czy może od dawna był już martwy i mieszkał gdzieś w zaświatach?
Hellhouse na pewno nie należało do normalnej rzeczywistości...
Więc co było nie tak?

***

Duff Andrew Michael McKagan radzi:
Jeśli możesz zdobyc wszytski, to zachwuj się tak jakbyś mógł, bo wtedy rzeczywiście możesz i zdobędziesz.
Jeśli ta rada jest dla Ciebie za trudna to zosatań gejem. Albo nie, zostań księdzem. Tak, zostań księdzem. Ciesz się kasą, ale daj sobie spokój z seksem.

Jeśli doskonale rozumiesz tą radę - czytaj dalej.
Kobiety lubią grać. Kobieta powie ci, że nie chce. Jak to zrozumiesz? -> właśnie tego chcę, ale musisz ją zdobyć. Musisz udowodnić samicy, że jesteś bohaterskim i walecznym samcem. Że potrafisz przezwyciężyć przeciwności losu! Nawet nachlany w trzy dupy - trafisz do niej do domu i pomożesz jej iść, podtrzymasz za ramię, otulisz kurtką i będziesz szczękać zębami z zimna, upierając się, że jest ci bardzo ciepło, a jej chłodno. Nie ma dla ciebie przeszkód. Jestes silny, najsilniejszy ze stada. Ten, który jest zdolny do poświęceń, ale ma honor!
A jak rozumiesz kobietę mówiącą, że chce? -> chcę tego, ale chcę też tego i tego, i tego, i jeszcze tego, a to wszystko masz jej zapewnić TY. Masz wykazać się bystrością i udowonić jak dobrze ją rozumiesz, jaki jesteś troskliwy i pomysłowy, i potrafisz idealnie zaspokoić jej apetyt...
Bądź zdecydowany, ale nie nachalny. Zachęcaj, ale nie namawiaj usilnie.
Taki wstęp do seksu gwarantuje owocny numerek. A jeśli dobrze się spiszesz, to może nawet całą ich serię.


*...łączącego ich kabla. -  Pomyślcie, kiedyś nie było bezprzewodowych telefonów, czyli jeden z drugim, nie ważne jak daleko, musiały być połączone kablem! No bo najpierw kabel od telefonu, potem kable w ścianie, potem przewody na słupach i tak aż do drugiego aparatu! Ekstra! :D
________________________________________________
Hahaha Duff jest takim znawcą?? XD